Instagram
-->

marek ogień photography

  • Secret Beach 02.09.13









  • The smog 03.09.13

    Od kilku tygodniu w Yosemite trwa jeden z największych pożarów w Californii. Mówi się, że jest on wielkości miasta Chicago, lub dwa czy nawet trzy razy większy niż sam Paryż. W każdym razie niesamowita ilość dymu leci w naszą stronę i utrzymuje się u nas, w powietrzu czuć zapach ogniska i czasem można zobaczyć lecący popiuł z nieba. A czasem mamy niesamowite zachody słońca.

    For a couple weeks we're watching a big fire in Yosemite. One of the biggest in California. They say it has size of Chicago city or it's twice bigger than Paris. Anyway, we got tons of smog coming here to Tahoe, you feel like you're heaving a campfire all the time. Although we got pretty nice sunsets from time to time.



  • Somewhere between Hwy 50 and Route 88 12.09.13




  • Desolation Wilderness. 19.09.13

    To chyba rekordowy wpis jeżeli chodzi o blog, nigdy wcześniej nie wrzuciłem tyle zdjęć za jednym razem :)

    Wszystko zaczęło się źle. Jesteśmy 3 godziny spóźnieni, zapowiada się że będzie padał deszcz. Ruszamy po Drew zaraz po odebraniu passów do Desolation Wilderness. Pod domem Drew mija nas zygzakiem pijany facet z dzieckiem w wózku. Dramat rozpoczął się jak chłop zaczął wsiadać do auta. Na początku padają ostre słowa, później przepychanka, w końcu gdy już zrobiło się niemiło przyjeżdża szeryf. Skuł chłopa w kajdany, danke szyn. Wypełniamy raport a obok nas kładzie się zdezorientowany brązowy lablador pijaczyny a z auta uśmiecha się do nas dzieciak w foteliku. Może uratowaliśmy komuś życie, może nie, nie ważne, dobrze zrobić czasem coś dobrego.
    Ostatnie zakupy, bułki nadziewane śmietankowym kremem z pikantną papryczką i woda. Zostawiamy auto Drew pod Lily Lake, naszym przemieszczamy się pod Echo Lake i stamtąd ruszamy w stronę Desolation Wilderness. Taxi które ma zabrać nas przez Echo Lake już dawno nie pływa. Wszystko pozamykane, brak żywej duszy. Ruszamy więc z buta, 3h przed nami jest gdzieś nasz cel Lake Aloha.
    Nad naszymi głowami kłębią się ciemne chmury, gdzieś w oddali słychać grzmoty, od czasu do czasu spadają na nas krople deszczu. Zdecydowanie przyjemniej jest chodzić po górach w takich warunkach niż w upale. Po drodze mijamy niesamowite widoki, Upper Echo Lake, Tamrack Lake a na samym końcu Lake of the Woods.
    W końcu docieramy do tego niesamowitego miejsca którym jest Lake Aloha. Moje plecy mają dosyć, jedzenie, namiot, praktycznie cały sprzęt foto (którego i tak wcale nie wykorzystałem), ubranie i śpiwór, nie wiem jak wszystko udało mi się zmieścić do plecaka. Wiem że wyglądałem jak bezdomny cygan no ale cóż, taki styl. Jakbym musiał to pewnie bym tam poszedł z siatkami z Tesco.
    Nad Lake Aloha nie ma życia, nawet drzewa nie chcą za bardzo rosnąć, nie ma ptaków, nie ma niczego, jest tylko otaczająca nas skała i woda. Rozbijamy namioty i ruszamy na zwiady, znajdujemy wygodną skałe otoczoną wodą i na niej spędzamy większą cześć nocy. Zachód słońca rozkleja nas całkowicie. Miodowa łyski ciężko przechodzi na początku przez gardło. Rozmawiamy o życiu, o przyszości, opowiadamy Drew o domu, rozmawiamy o San Diego, falach. Chyba żadne z nas nie chce żeby ta noc się kończyła. W końcu butelka "pęka", wracamy do obozowiska, niestety nie możemy rozpalić ogniska, za suchu, za dużo pożarów wszędzie i za dużo debili którzy je powodują. Robimy trochę wesołych zdjęć nocnych i lekkim zmęczonym krokiem udajemy się w sen. Nasze żarcie wisi kilka drzew dalej na drzewie, mamy nadzieję, że misiek nie ma zamiaru się do niego dobrać.

    O 7 rano budzi mnie suchota w buzi, okazuje się że nasze zapasy wody są praktycznie zerowe. Wspinam się na pobliski szczyt gdzie w 1/3 drogi znajduję fajne miejsce na zdjęcia, połowa doliny w cieniu, Piramid Pick w tle już dawno oświetlony porannym słońcem. I wciąż ta otaczjąca mnie cisza. Woda w Lake Aloha jest jak lustro, kompletny brak wiatru, świat do góry nogami wygląda chyba nawet lepiej niż normalnie. Razem z Drew eksplorujemy okolicę.
    W końcu pora na powrót, po drodze nawiązujemy kontakt z dwoma ziomeczkami którzy filtrują nam wodę z jeziora a my możemy wracać i być pewni że nie odwodnimy się. Jemy śniadanie nad Heather Lake, Paulina pływa pomimo że woda w jeziorze jest dość zimna. W końcu po 27h i 29km dochodzimy do Lily Lake gdzie poczuliśmy smród butów i cywilizację za którą żadne z nas nie tęskniło...

    Mam nadzieję że zdjęcia przybliżą Wam to co czuliśmy i widzieliśmy podczas wypadku do Desolation Wilderness.
    Nie mam za bardzo czasu żeby to wszystko przetłumaczyć na angielski. Dzisiaj ruszamy w drogę, trochę mil do przebycia, masa miejsc które chcemy zobaczyć. Nie wiem czy uda mi się coś wrzucić w tym czasie, może prędzej na Instagram.