Instagram
-->

marek ogień photography

  • slideshow 21.06.11

    Zrobiłem osatatnio szybki slideshow z dość haotycznie wybranych zdjęć, nie ma nic wow, raczej takie uzupełniające foty z ostatniego pobytu w US and A.

    PS
    Jakoś kiepska, nie znam się na formatowaniu video.
    Bon Iver - skinny love

    Untitled from marekogien on Vimeo.

  • Death Valley 17.06.11

    Dolina Śmierci (Death Valley)

    Chętnie bym się uzewnętrznił na temat Doliny Śmierci ale nie idzie mi dzisiaj pisanie. To było w lutym, pamiętam że miałem pękniętą kość ogonową i uciekliśmy przed zimą na pare dni w to magiczne miejsce, dosłownie magiczne miejsce. Ogromne otwarte przestrzenie i cisza którą aż słychać. Uważam, że każdy kto pojedzie do Kalifornii musi obowiązkowo pojechać zobaczyć Death Valley żeby odpocząć i pomyśleć. Dobrze się tam myśli i ucieka od myśli.

    PS
    Będzie przerwa w blogu ale w między czasie możliwe że wydarzy się coś bardzo dobrego dla mnie więc proszę trzymać kciuki. Gracias.
























  • Utah 09.06.11

    Utah 2

    Z Page ruszyliśmy spowrotem w stronę Vermilion Cliffs. Zdecydowanie Vermilion Cliffs wygrywa u mnie wszystko, może nie do końca wszystko ale tam jest bardzo bardzo dużo rzeczy do zobaczenia i teren jest totalnie dziki. Ludzie tam za bardzo nie chodzą bo się boją że się pogubią.
    Z racji że trochę mieliśmy problemów z autem, jakimś cudem połamała się trumna na dachu więc zaczeliśmy od przydrożnej atrakcji Toadstools i okolicy.








    W Vermilion Cliffs jest taka atrakcja nazywa się WAVE. Żeby zobaczyć "fale" trzeba rano przyjść do rejndżersów, wypełnić ankiete i modlić się żeby w loterii padł nasz numerek. Codziennie ze 100 osób wybierają 10, które mogą udać się zobaczyć fale. Trochę chore a z drugiej strony już dawno ludzie by to zniszczyli. My nie zobaczyliśmy fali. Niesamowicie tego żałuję, szczegółnie że mieliśmy "nielegalną" mapę z dościem do fali, mieliśmy wszystko idealnie opisane ze zdjęciami. Problem w tym, że jednak takie miejsca to oni tam sobie pilnują, kara jest dość sroga i problemów z tego powodu byłoby dużo. Długo ze sobą walczyliśmy żeby udać się na fale, postanowiliśmy zrobić to następnego dnia o 5 rano ale niestety pogoda niedopisała i wcześniejszego dnia wieczorem musieliśmy uciekać. Jeżeli ktoś chce zobaczyć jak wygląda fala niech wygugluje sobie WAVE UTAH. Ja już nie mogę na to patrzeć, tak mnie boli że tam nie poszliśmy, dla mnie to był priorytet i odpuściłem, no cóż bywa, widocznie innym razem, tajną mapę mam dalej.
    My udaliśmy się pętlą zwaną Buckskin Gulch. Bardzo, bardzo przyjemny 15km spacer, który przy małej ilości wody stał się trudnym spacerem szczególnie jak się robi zdjęcie to taka przechadzka trwa 2-3 razy dłużej. Po drodze spotkaliśmy dwóch starszych gości o których na początku pisałem (a przynajmniej o jednym z nich). Jeden staruszek opowiedział nam jak to 15 lat temu przyjeżdżał w to miejsce i nie było nikogo, z plecakiem wchodził w kanion i płynął przed siebie niewiedząć jak wrócić i czy wróci i co jest przed nim. Gość sam tworzył sobie mapy żeby nie zabłądzić. Więc jak sobie to wyboraziłem że panowała tam taka dzicz jeszcze 15 lat temu poczułem że urodziłem się za dużo za późno.




    Oto miejsce w którym dziadek płynął a my stoimy. Widocznie okres w którym przyjechał poziom wody był wysoki i musiało być wtedy sporo opadów.














    Następnego dnia wstaliśmy rano i padał deszcz. Pogoda się załamała, plan Utah prawie padł, powstał plan powrót do Tahoe i wycieczka do Yosemite. Cieszę się że jednak nie spenialiśmy przed pogodą i udaliśmy się dalej w stronę kolejnych kanionów. Tego dnia w deszczu, później w śniegu dojechaliśmy do Bryce Canyon (2743mnp). Bryce musi być piękny ale nie jak jest prawie 0C, mgła, do tego śnieg z deszczem. Zwiedziliśmy go "na japończyka" - stop, 1 minuta, zdjęcie, auto, następny przystanek, stop, 1min, zdjęcie, auto i tak cały park w 20 minut. Szkoda, bo musi być tam pięknie jak jest dobra pogoda.




    Z Bryce ruszyliśmy w stronę Escalante. W Escalante nie ma nic poza paroma motelami. Przenocowaliśmy, lekko zaimprezowaliśmy a następnego dnia z rana ruszyliśmy 120km piaskową drogą zwaną HOLE-IN-THE-ROCK w stronę niczego i wszystkiego. Po drodze padał śnieg, deszcz, była burza, było pare stopni poniżej zera, chwile później było parenaście powyżej zera, szalona pogoda! Do tego piaskowa droga która jak zleje ją deszcze jest jak błotne masełko, zero kontroli nad autem, dosłownie zero.




    Pojechaliśmy tam ponieważ chceiliśmy zaliczyć pare bardzo wąskich kanionów i jeden większy z kilkoma atrakcjami zwany Coyote Gulch. Nie mamy żadnej mapy topograficznej, nie mamy kompasu, mamy ksero prowizorycznej mapki jak wiejść do kanionu i jak z niego wyjść, to tyle. Jesteśmy jak banda hipisów której nagle zachciało się chodzić po terenach o których nic nie wiedzą. Spotykamy człowieka na parkingu, facet szedł na 9 dniowy trip a przyjeżdża tam od 20 lat, mówi że wycieczke którą my chcemy zrobić w jeden dzień on robił w 4 sprawdzając każdy zakątek kanionu. Pokazał palcem przed siebie w kierunku wielkiej góry i mówi tak - widzisz tą górke, to tak jak moja ręka wskazuje musicie iść prosto, przejść prosto i tam znajdziecie zejście do kanionu, jest strome ale dacie radę. Dankeszyn, dankeszyn, przybiliśmy piątkę, pożyczyliśmy sobie powodzenia i ruszyliśmy rzucić okiem na to zejście do kanionu.

    Znaleźliśmy zejście, przynajmniej tak nam się wydawało. Jak się okazało następnego dnia to nie było zejście. Bozia nad nami czuwała że tam nie poszliśmy. Generalnie wszystko wygląda identycznie, każdy krzak jest taki sam, każdy pagórek, skała, nie ma różnicy, przejście 1km wydaje się jak przejście 10km.






    Nasz epicki kamping. Tutejszy piasek też jest pyszny, trochę mniejsze ziarna ale też wypas.




    Następnego dnia, znajdujemy zejście do kanionu. Lekki szok. Mieliśmy sporo kłopotów i sporo strachu. Cieszyłem się że nie będziemy musieli wracać tą samą drogą. Jesteśmy w Coyote Gulch, epickie miejsce. Pogoda jest idealna, woda w kanionie przyjemna i można spacerować bez butów, jest magicznie.
















    Czyż to nie jest epicki widok? Sory że się powtarzam z tym epicki, no ale serio dla mnie to jest epicki widok.




    Chyba dość stare malowidła Indian, nie znam się ale wyglądają na bardzo prymitywne. Nasza amatorska mapka miała zaznaczone takie atrakcje, jedynie musieliśmy się rozglądać żeby je znaleść. Udało się.




    Tego samego dnia rano skończyła nam się woda. Jak do tego dopuściliśmy nie mam pojęcia. Na szczęście zabraliśmy ze sobą do kanionu dwa wielkie baniaki na wodę i znaleźliśmy to piękne źródełko spływające po skale, które ocaliło nas od suszy przez następne dwa dni.




    Wędrująć kanionem wiedzieliśmy że gdzieś musi być wyjścia. Przy napełnianiu baniaku wodą mapka którą miałem w kieszeni dość mocno przemokła. Instrukcja wyjścia mówiła że przy wielkiej samotnej skale musimy skręcić w prawo i iść przez teren piaskowy. Tak więc w drodze do wyjścia dopadła nas burza, sroga ulewa która trwała z 20 minut. W momencie zrobiło się zimno, do tego pioruny, huk, bardzo nieprzyjemnie. W końcu doszliśmy do ściany. Na mapie przerywana kreseczka przecinająca piaskowe tereny prowadziła sobie gdzieś do tej ściany i kończyła się napisem "CRACK IN THE WALL". Patrzę na ścinę, widzę pęknięcie, pierwsze co pomyślałem nie ma bata, nie przejdziemy tędy, zacząłem więc się wspinać co było głupotą i zrezygnowałem. Skoro do góry się nie da to musi się dać tym pęknięciem i to musi być to pęknięcie. Pierwsze pęknięcie miało jakieś 15m długości i pod koniec robiło się bardzo ciasne, później była przerwa drugie szersze pięknięcie i tam mała wspinaczka po ścianie. Ktokolwiek kiedyś znalazł to miejsce musiał być tak samo bardzo podekscytowany i szczęśliwy jak my tego dnia wychodząc z kanionu.




    A taki widok czekał na nas po wyjściu z kanionu. Przed nami 2,5 h spaceru do naszego małego obozowiska. Żeby nie było mało dopadła nas kolejna burza z konkretnym gradobiciem...




    Dom.




    Wyjeżdżając z Hole-in-the-rock zaliczyliśmy jeden z dwóch bardzo, bardzo wąskich kanionów tzw. Spooky. Nie robiłem za dużo zdjęć ponieważ było naprawdę wąsko.




    Po ty wszystkich szalonych dniach pod namiotami, bez mycia się, jedzeniu kiepskich posiłków, jedyne o czym marzyliśmy to położyć się gdzieś na łące i odpocząć przed drogą do domu. Droga do domu oczywiście miała swoją przygodę - prędkość = policja. A że to już Nevada a my blachy z Californii, wszyscy brudni jak hipisi no to pojawił się pies. Jak się pojawił pies to okazało się że w aucie są nakrotyki albo dużo gotówki albo wieziemy ciało. Tak więc 4 mundurowych przetrzepało nam wszystko w wenie, po czym powiedzieli sorry za kłopoty i odjechali a burdel w aucie zostawili jak nikt.
    Jeżeli ktoś kiedyś będzie wybierał się do Utah polecam i może śmiało do mnie pisać z pytaniami chętnie pomogę choć moja wiedza też jest ograniczona.






  • UTAH 06.06.11

    UTAH 1

    Kiedyś odśnieżałem parking i przy okazji pomogłem odśnieżyć podjazd do domu takiej straszej Pani. Innego dnia sytuacja się powtórzyła. Kiedyś poprosiła mnie żebym jej pomógł ponownie przy odśnieżaniu i tak w zamieci usłyszałem "You have to go to Utah". Starsza Pani zaprosiła mnie do domu na zupe, pokazała mi zdjęcia i stwierdziłem że rzeczywiście trzeba jechać do Utah. Jak się okazało ona i jej mąż jeżdżą do Utah od ponad 20 lat, pomogli nam zaplanować cały wyjazd, co zobaczyć, jak jechać, podzielili się z nami nawet swoimi "tajnymi" mapami (o których jeszcze napiszę). I tak początkiem maja spakowaliśmy się do minivana i ruszyliśmy w drogę...
    Oto część pierwsza naszej wycieczki po Utah.

    Mapa. Trochę okrojona wersja ale mniej więcej taką zrobiliśmy trase. Po 13 dniach w Utah licznik pokazał 2300 mil czyli jakieś 3700km.




    Minivan. Ciężko spakować namioty, żarcie, ubrania i mase różnych gadżetów. Generalnie minivan był wypełniony max.




    Gorące źródła niedaleko Mammoth, magiczne miejsce.











    Spod Mammoth wpadamy na drogę w stronę Las Vegas i przecinamy Death Valley a tam jedyne 39C (103F) bucha nam w twarz. (Dolina Śmierci).


    6$ taka kolorowa taca witaminowa + bułki za 4$ i dwa dni śniadań i kolacji z głowy.










    Pod koniec tego samego dnia dojechaliśmy do Zion National Park. Zatrzymaliśmy się na najdroższym kampingu. Myję zęby a pod moimi nogami kłębią się karaluchy, dramat. Oszukali nas, dobrze że jest self check-in więc odbiliśmy sobie trochę cene pola namiotowego. Zion robi wrażenie, przepiękne czerwone skały, zielone drzewka plus paryski błękit nad naszymi głowami ale wszystko oporowo skomercjalizowane, park stracił swoją dzikość, wszędzie dojeżdża się autobusem, wszędzie miliony ludzi. Kilka dni później w zupełnie innym miejscu spotkaliśmy dwóch dziadków, jeden z nich opowiadał o tym, że Zion z drugiej strony jest nawet ładniejszy, brak oznaczonych szlaków i praktycznie nikogo nigdzie się nie spotyka, niestety to było kilka dni później.
    Nasz plan w Zion padł na dwie wycieczki, Angeles Landing i The Narrows. Narrows to taki spacer pod prąd rzeki, jedno z lepszych miejsc w Zion, niestety ostatnie opady śniegu i deszcze niepozwoliły nam udać się w to miejsce. Natomiast Angeles Landing to niezła wspinaczka, wygląda to tak, ma się przed sobą miejscami na 2m szerokie przejście, po lewej i prawej praktycznie pionowe ściany na kilkaset metrów głębokie, do tego wszystkiego podejścia czasem są strome a mijanie się z ludźmi schodzącymi w dól lekko mrozi nogi.




    Cel - Lądowanie Aniołów po lewej






    Tego samego dnia ruszyliśmy dalej w stronę Antelope Canyon, niedaleko miasta Page w Arizonie. Przez całą zimę jednak brakuje jednak ciepła i jak tylko dojechaliśmy do Page stwierdziliśmy że robimy jednodniowe wakacje i jedziemy na lokalną plaże Lone Rock Beach nad jeziorem, tam kampingujemy i nie robimy nic.
    Wieje oporow, minivan zasypany piaskiem w środku, wszystko z piasku, w życiu nie zjadłem więcej piasku a na kolacje spagetti z piaskiem to już był totalny wypas. Dalej wieje, piasek jest wszędzie a przez 3/4 nocy czuliśmy się jak na paradzie techno a mówiłem rozbijmy się koło emerytów...








    Antelope Canyon.
    Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem w życiu. Jeżeli ktoś był w Utah i okolicach Page a nie był w Antelope Canyon to brzydko mówiąc zjebał. Kanion ma chyba coś koło 1km długości i może do 15m głębokości w najgłębszych miejscach. To jak jest uformowany i jak światło przebija się przez szczeliny to murowany gwałt oczu. Jest jeden haczyk jeżeli ktoś z Was kiedyś tam pojedzie wjazd kosztuje sporo bo coś koło 35 dolców, oprowadzją po nim Indianie, lokalizacja jest kilometr od jakiejś elektrociepłowni i jak chce się robić zdjęcia trzeba zabrać statyw i powiedzieć że jest się pro, wtedy dostaję się pass dla fotosępa i można samemu spacerować po kanionie przez ponad 2h.






    Horseshoe Band

    Niedaleko Antelope jest tzw "podkowa". Może na zdjęciu tego nie widać ale stoi się dość wysoko i widać ten dosłownie "ogromny" zakręt rzeki Colorado.
    PS
    Pamiętam że jak robiłem to zdjęcie to wciąż czułem piasek między zębami i wciąż grało mi techno w głowie.

  • dankeszyn! 20.05.11

    Koniec zimy i koniec Lake Tahoe. To był dziwny sezon, inne pół roku niż zawsze. Powiedziałbym, że to było pół roku poświęcone przyjaźni. Poznałem lepiej wspaniałych ludzi, niesamowicie utalentowanych i mądrych. Każdy z nich ma swoje życie i swoje problemy z którymi musi się zmagać i od każdego z nich nauczyłem się czegoś nowego. Te kilka osób bardzo mi pomogło w tym roku i wspaniale jest wiedzieć że gdzieś po drugiej stronie ma się ich i można na nich liczyć.
    Oto ostatnie dwa marne zdjęć zimy, ostatnie dwa zdjęcia akcji ze Sierra at Tahoe i chyba moje ostatnie Tahoe. A później jeszcze kilka wpisów z Utah.




  • UTAH 10.05.11

    Utah.


  • California 11.04.11

    Kilka dni przerwy od zimy. Kilka dni nad wybrzeżem, ocean, plaża, lasy, sekwoje i podwodny świat.














  • za szybko 31.03.11

    Doba powinna mieć 100h. Wszystko dzieje się za szybko. Hm... czasem wydaje mi się, że może ja jestem za wolny na to wszystko. Od dwóch dni mamy wiosnę. Dziwne, bo cały marzec padał śnieg. Jednej nocy spadło ponad metr śniegu! Szok! W każdym razie męczy mnie brak czasu z powodu tego że mija on zbyt szybko. Wyciągam aparat częściej ostatnio, przegrałem 5 dolców w kasynie na 1c maszynach, spadłem z dachu, poznałem pare ciekawych osób, nie udało mi się polecieć do Moskwy na trip snowboardowy z amrykańcami, zaliczyłem najlepsze dni na desce w puchu w swoim życiu. Prawie wszystko jest okey.

    Paulina tnie do lewa, termika za milion dolców i epicki widok na jezioro.




    Najlepsze dni puchu, Travis Parker w spalonym lesie




    Jak dużo śniegu jesteś w stanie strawić?






    Jak siadłem na skuter ostatnio to stwierdziłem że to on mnie prowadzi nie ja jego. RB w akcji.




    Opuszczony resort w Iron Mountain.




    Dankeszyn.

  • DEATH VALLEY 16.03.11

    Na początku lutygo byłem w Death Valley. To tam pojechałem szukać inspiracji. Najgorętrze miejsce na świecie. Po 6 czy 7h w aucie na zawnątrz panuje środek lata w środku zimy. Niesamowite, tak dwa bliskie miejsce - Tahoe i Death Valley a taka ogromna różnica klimatu. Wrzucam tylko kilka zdjęć z pustyni, a raczej z wydm, nigdy wcześniej nie byłem na wydmach. Tego dnia było już zachodzące słońce i to co najbardziej przykuło moją uwagę to piasek i linie jakie się na nim tworzą od światła. To było też dla mnie mocną inspiracją w zdjęciu które zrobiłem w puchu z Travisem (dwa wpisy niżej).

    PS
    Postaram się wrzucić więcej zdjęć z Death Valley w najbliższej przyszłości.














  • echo lake 07.03.11

    kilka innych zdjęć z epickiego wypadu w stronę Echo Lake.








Starsze wpisy