← Powrót

    1500 miles in 9 days. Part #2 - from Eureka down south

    Wczesnym rankiem na plaży obudziły nas szmery koło namiotu i lekki deszcz uderzający o nasz namiot. Znowu pada. Po jakieś dłużej chwili leżakowania w końcu przestało. Zjedliśmy więc śniadanie. Host kampingu przekazał nam informacje o bardzo fajnym kanionie w okolicy i o tym że można zobaczyć jelenie na plaży, tylko nie wolno pod żadnym pozorem zbliżać się do nich bo panuje okres godów. Spakowaliśmy manatki, namiot, pojawiło się lekkie przejaśnienie i zapowiadało się tylko na pochmurny dzień. Kanion okazał się niesamowitym miejscem, zwalone drzewa, ściany porośnięte paprociami. Zrobiliśmy pętle i ruszyliśmy na dłuższy spacer wzdłuż wybrzeża. W drodze powrotnej namierzyliśmy świeże ślady lwa górskiego. Przyznam szczerze, że słyszałem o nich trochę historii i jest to ostatnie zwierze które chciałbym spotkać na swojej drodze. Ślady musiały być świeże bo nie były podmyte przez deszcz. Myślę że mogliśmy się minąć o jakieś kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Co prawda cały czas miałem ze sobą gaz na niedźwiedzie ale czy pomógłby on na lwa górskiego? Nie sądzę.
    Chwilę później wyśledziliśmy jelenia, albo coś jelenio podobnego, w języku angielskim mówią na to "elk" ale na nasze łoś to wygląda trochę inaczej. Był moment, że lekko się przestraszyliśmy i musieliśmy wycofywać się przez bagnisty teren gdyż jednemu z jeleni ewidentnie nie spodobaliśmy się.
    Prysznic na kampingu miał mieć ciepłą wodę. W tym momencie doszedłem do wniosku że mycie się nie ma sensu, lepiej trochę śmierdzieć, trzymać się z daleko od ludzi niż marznąć. Resztę dnia spędziliśmy w drodze, zatrzymaliśmy się w kilku ciekawych miejscach gdzie wybrzeże wyglądało imponująco. W miasteczku Eureka zgraliśmy zdjęcia na laptoka, wypiliśmy kawę, pochodziliśmy po uliczkach, zaliczyliśmy Burger Kinga. Byliśmy oboje zszokowani ilu ulicznych trumpów kręciło się po tej małej mieścinie. Byli wszędzie, dosłownie. Spali na trawnikach, na chodnikach, przećpani, brudni, oczy przekrwione, zlot weedowo-kwasowych wampirów. Z plecakami, torbami, siatkami, bez nich, bezdomne dzieci hippisów, młodzi kolesie którzy zdziczeli od całego gówna które przetoczyło się przez ich płuca i krew. Nie mam odwagi robić takim ludziom zdjęć, nie kręci mnie to za bardzo i nie chcę żerować ich życiem. Następną noc zostaliśmy na jakimś kempingu w dzikim lesie. Jeżeli ktoś chce podróżować przez Stany tanio musi dostosować się do pewnego szybkiego kodeksu - przyjeżdżasz na kamping o 18, 19 jak już nie ma nikogo z rangerów, host ma to i tak w dupie. Rozkładasz namiot, śpisz wygodnie, alarm budzi cię o 6:20. Pakujesz namiot, wiejesz. 35$ zostaje w kieszeni… Kilka dni później pokarało mnie, zgubiłem portfel z pieniędzmi. C'est la vie.
    W każdym razie wczesnym rankiem stwierdziliśmy że nie wracamy na HWY 1. Znaleźliśmy drogę przez King Range Conservation Area. Kręta górska droga, zapach marychu, płoty zbudowane z trzy metrowych desek tak żeby przypadkiem ktoś czegoś nie zobaczył. Na każdej bramie "keep out, no trespassing, be aware of dog". Obłędne miejsce, dziwne małe domki jeżeli można to tak nazwać a przy nich dziwna duża ilość pick upów i znowu dziwnie zalatywało marychą. W pewnym momencie oświeciło mnie co robią te trampy w Eureka. Pewnie połowa z nich pląta się to tu to tam skradając i próbując dostać na taką plantację, albo nawet zahaczyć i kosić trawę…
    Nasza droga która miała nas dowieść do jedynki bardziej na południe okazała się nieprzejezdna. Znowu zaczął padać deszcz a my musieliśmy dołożyć niepotrzebne 80 mil. Po powrocie na "jedynkę" i po kilku godzinach jazdy znowu zobaczyliśmy ocean i piękne niebieskie niebo. W końcu stanęliśmy na śniadanie na plaży, w końcu odpoczęliśmy od samochodu, asfaltu i mogliśmy zrelaksować się na plaży. Reszta dnia i wieczoru minęła nam znowu na drodze, przystankach, spacerach i zdjęciach.
    Na kolejnym polu namiotowym nieumiejętnie odgoniłem szopa pracza i gaz łzawiący zamiast przegonić żebraka poleciał prosto w nasze oczy. Nie dość że mieliśmy zamiar zwiać rano to jeszcze byliśmy najgłośniejsi. Amatorzy. Tego samego wieczoru drugiego szopa znaleźliśmy w koszu na śmieci, niestety biedak sam nie potrafił się z niego wydostać a my nie wiedzieliśmy jak mu pomóc. Rano nadal siedział w koszu, zostawiliśmy informację dla władz kampingu o tym dzikim stworzeniu, który biedne utknęło w swoim królestwie resztek jedzenia, picia i innych dobrodziejstw.
    Nasza droga powili zbliżała się do San Francisco. Przejechaliśmy przez samo centrum chcąc przebić się na Freeway 80 który zabierze nas dalej na kolejną 5 pasmową drogę a z niej w kolejną 5 pasmową a z niej w 4 pasmową a z niej w 3 pasmową a później już tylko jest jednopasmową drogą do Yosemite. Po drodze zaliczyliśmy pyszną wietnamską knajpę. W końcu zjedliśmy coś innego niż szybkie kampingowe jedzenie. Pamiętam, tam doszedłem do wniosku że jednak lepiej się myć w zimnej wodzie niż śmierdzieć. Czasem moje niepoprawne optymistyczne podejście mnie zawodzi, tym razem też mnie zawiodło kiedy mówiłem Paulinie że spokojnie umyjemy się gdzieś w Yosemite.
    Wczesnym rankiem wjechaliśmy do Yosemite, spalone drzewa, wozy strażackie, pożar wielkości miasta Chicago ogarnięty w 89%, kwadrat o bokach 60km na 60km doszczętnie spalony. Smutny widok, żal tych wszystkich drzew, zwierząt, nie słychać nawet ptaków…
    W Yosemite spotkaliśmy się z Dorotą i Miśkiem, którzy przez ostatnie 3 tygodnie byli w drodze po całej południowej Kalifornii. Brakowało nam towarzystwa. Brakowało nam kogoś kto również nie mył się od dłuższego czasu. Miłe uczucie nie być jedynymi śmierdzielami. Aczkolwiek znowu doszło do próby umycia się w zimnym strumyku a to już 6 albo 7 dzień.
    Następnego dnia pozwiedzaliśmy dolinę, wypiliśmy dość sporo darmowej gorącej czekolady i kawy. To było posunięcie na klasycznego polaczka bo skoro nie pisze, że nie można uzupełniać to dlaczego miałbym pożałować sobie drugiego kubka.
    Zdobyliśmy Glacier Point. Zeszliśmy jeszcze kilka ciekawych miejsc, dotleniliśmy się. Jednak co góry to góry, ocean jest piękny z tymi swoimi długimi piaszczystymi plażami lub dramatycznym wybrzeżem ale jak człowiek stanie na szczycie, wciągnie to w płuca, poczuje ten chłodny wiatr na mokrych plecach i rozglądnie się od razu lepiej się czuje. Przynajmniej jak tak mam.
    Nasze wojaże powoli dobiegały końca, już kilka dni wcześniej zapaliła się lampka rezerwy gdy zgubiłem portfel z pieniędzmi do tego potrzeba kąpieli… Przejechaliśmy więc przez całe Yosemite w stronę wschodnią i zatrzymaliśmy się po raz ostatni na gorących źródłach w Bridgeport. Przez ponad 7 godzin moczyliśmy się w ciepłym źródle pijąc wino i przypominaliśmy sobie jak szybko przeleciały nam te trzy miesiące w Tahoe...
































































































    To by było na tyle. Przez te trzy miesiące ponownie okryłem siebie. Odkryłem jak bardzo powinno mi zależeć na tych kilku najbliższych mi osobach i to jak bardzo kocham robić zdjęcia. Tak szybko można zapomnieć się i utknąć w jednym miejscu. Zdradzić własną duszę. Zgubić się i nigdy nie wyrazić. Jest coś, co ciągle gdzieś mnie ciągnie. Jest strach bo nie stać mnie na to wszystko. Ale tak bardzo chcę, nie chcę tęsknić, chcę tam być, chcę to wszystko notować w swojej głowie. Ukryć gdzieś i nie zapomnieć. Chcę chłonąć magię każdego miejsca w którym jestem. Chciałbym tworzyć historię. Dla siebie i dla bliskich. Pamiętać to wszystko kiedy byłem młody, szalony, uśmiechnięty, bez hajsu i kiedy nie musiałem myśleć co z jutrem bo żyłem na maksa dniem dzisiejszym...
    Mam sporo szczęścia w życiu. Tak dużo dobrych ludzi poznałem którzy pomogli mi w różnych sytuacjach kiedy byłem w drodze i to Wam wszystkim chciałbym dedykować te dwa ostatni wpisy. Dziękuję.



    • Mr 05.11.2013, 13:03

      188.146.137.188

      Jeśli mógłbyś się podzielić, to jakim sprzętem cykasz te zdjęcia. Świetne kadry i boskie światło.

    • noma 10.10.2013, 18:23

      62.69.233.62

      wypassssssssssssss

    • thomasz 10.10.2013, 15:41

      95.160.14.220

      jak to wszystko czytam to stwierdzam, że chyba trzeba mieć duże cojones, żeby uderzać w takie tripy. szacuneczek!

    • wn 10.10.2013, 09:04

      5.172.252.241

      Dobrze, że tak dobrze odnajdujesz się w tym wszystkim z Pauliną.Dobrze, że macie taką ogromną zajawkę na te podróże, ba zajawkę to chyba całe wasze życie :) Pojechałbym kiedyś z wami w tripa ! h5

    • mutek 10.10.2013, 00:53

      78.8.154.14

      wąs ma jebnięcie!

    • rafalbogowolski 10.10.2013, 00:31

      96.38.187.215

      nie wiem jak teraz sie mowi...grubo...jest wysoko... w kazdym badz razie super ostatnie 2 wpisy jak I cala reszta jak zawsze. mega foty. pozdrawiam

    • dubiel 10.10.2013, 00:28

      78.8.141.168

      to ostatnie jakieś lepsze od pozostałych. widać rękę wielkiego artysty, ten przekaz...

    • msk 10.10.2013, 00:03

      78.8.149.80

      ostatnie ma jebnięcie !!

    • M.I.S.T.R.Z. 10.10.2013, 00:01

      83.142.181.14

      Jak zwykle zabijasz swoimi fotami!