Instagram
-->

marek ogień photography

  • Home 04.10.13

    I'm back home. In last 9 days we were on the road trip. There's lots of shots that I have to go trough. I hope I do it fast and post the whole story pretty soon.

    There's something amazing in comebacks. I always have someone to go back to, my family, my friends, my own place that smells like the last time I closed the doors, my own bed, my "home"... Everything is new again, everything is like a birthday present.
    Everything is awesome but there's something that I left in Tahoe. The big part of me is out there. I can't answer that question in my head... did I get back home or did I leave a place that can't be my home?
    I listed to this song pretty much everyday and everywhere I went to. There's something magic that will always remind me about Tahoe...


    Wróciłem. Mamy za sobą dość sporą podróż, wciągu ostatnich 9 dni przejechaliśmy 2400km, jest sporo zdjęć do wrzucenia. Spróbuję ogarnąć to jak najszybciej póki wszystko jest jeszcze świeże w mojej głowie.

    Jest coś miłego w powrotach. Wracam do kogoś, wracam do rodziny, do przyjaciół, do własnego kąta, który pachnie tak jak wtedy gdy ostatni raz zamykałem drzewi, do swojego łożka, wracam do siebie... Wszystko jest znowu nowe, wszystko jest jak prezent urodzinowy. Wszystko to jest wspaniałe ale jest coś we mnie co pęka i nie wiem czy to jest rzeczywiście mój dom. Nie potrefię odpowiedzieć sobie na jedno pytanie... czy wróciłem do domu czy wyjechałem z domu który nie może być moim domem?
    Słuchałem tej piosenki przez praktycznie całe lato, słyszałem ją wszędzie, jest w niej coś co przypomina mi jak magicznie jest Tahoe...
    Journey - Lights

  • 1500 miles in 9 days. Part #1 - from Eureka up north. 09.10.13

    I will work on english version in next couple days.

    Muszę podzielić to na dwa wpisy bo za dużo zdjęć musiałbym wrzucić za jednym razem. Pomyślałem przed chwilą, że mogłem to napisać inaczej ale nie chcę bo wiem że napisałbym zbyt uczuciowo a nie chcę się rozklejać :)
    Myślę że zdjęcia obronią się same a tekst tylko pomoże Wam wczuć się w te miejsca i to co widzieliśmy.
    Oto cześć pierwsza.

    Spakowaliśmy wszystkie rzeczy do czarnej Toyoty przed domem naszego znajomego w Reno. W czerwonym kubku do beer ponga wymieszany banan z mlekiem, jakimiś proteinami i lodem. Smakuje dobrze ale czy na tym zajadę daleko nie jestem pewien. W Wallmarcie kupujemy jedzenie. Wszystko low budget. 2kg mieszanki orzeszków, m&m'sów, rodzynek za 4 dolary, nie wyobrażam sobie lepszego dealu żeby zapachć się w trasie lub po śniadaniu. Znowu porywamy się z motyką na słońce, znowu chyba wybraliśmy za dużą trasę na za mało czasu ale tak bardzo tego chcieliśmy, tak bardzo ja tam chciałem jechać...
    W Reno jedynie 3,95$ za galon, za parę godzin zatankujemy już o dolara więcej, wszystko przez pieprzoną Syrię i ten cały burdel. A było tak dobrze i tak tanio…
    Z Volcanic National Park dzieliło nas tylko parę godzin za kółkiem. Na miejscu tak na prawdę nic nas nie urzeka, wybraliśmy się zobaczyć bulgocącą wodę i poczuć smród siarki w nozdrzach. Reszta bez rewelacji, za dużo tego samego, stwierdziliśmy że nie ma sensu zostawać tam na noc, wciąż jest dość wcześnie więc zaplanowaliśmy dojechać do wybrzeża. Stęskniliśmy się za oceanem, za zapachem kalifornijskiego wybrzeża, za szumem fal, za tym za co wszyscy tak bardzo kochają ten stan.
    Nasza toyota sunie drogą 299, wszędzie ciemno, zapach plantacji weedu nie opuszcza nas na dłużej niż 5 minut, okres koszenia rozpoczęty, hippisi, uliczne trumpy, ludzie drogi wszyscy prą na północ w jednym celu. Żałowaliśmy, że nie przejechaliśmy tej drogi w dzień, bywa, coś za coś. Dwie godziny później w okolicach Big Lagoon rozbijamy namiot. Lepkie powietrze jak na wschodnim wybrzeżu. Szum fal i widok na ocean do tego gwieździsta noc. Dotarliśmy...
    Następnego dnia po szybkim śniadaniu spakowaliśmy się i ruszyliśmy na północ. Dojechaliśmy do Humbolt National State Park. Wybrzeże przywitało nas przepiękną szeroką plażą, wielkimi falami, brzydką pogodą, na twarzy co jakiś czas można było poczuć ciepły podmuch powietrza. Miło było ale niestety wiatr po paru godzinach nawiał chmur znad oceanu i tak zaczęło padać. Ruszyliśmy dalej, zjechaliśmy trochę Redwood National Statepark skąd uciekliśmy znowu na półnoć przez miasto, jak mi powiedzano gdzie rządzi metaamfetamina - Cresent City. Po szybkim objedzie i debacie co dalej ruszyliśmy do Jedediah Smith S.P. (nie wiem jak można dać komuś na imię Jedediah)
    Wysokie sekwoje, cisza, spokój, zero ludzi w parku do tego brzydka klimatyczna pogoda, na to wszystko liczyliśmy. Szczerze, jeszcze wtedy nie chciałem widzieć za dużo słońca, myślałem że miałem go przez ostatnie 3 miesiące w Tahoe więc wystarczy. Dobrze było zmienić klimat. Nasz budżet nie był skalkulowany na płatne kampingi. Zostaliśmy gdzieś na tyłach parku nad rzeką, przez cała noc padał deszcz. Padał to chyba za małe słowo, nasz namiot już zaczynał śmierdzieć i przemakać. Do tego rzeka, która budziła w mojej głowie niepokój czy przypadkiem nie podmyje nam wyjazdu albo w ogóle nas. Rano znowu deszcz. Wszędzie woda. Po dwóch dniach nie mycia się przyszła pora na prysznic. Zaliczyliśmy pierwszą kąpiel w rzece. Przynajmniej moja Paulina bo ja nie bardzo. Nie wiem jak ona to robi, że tak potrafi do takiej lodowatej wody wejść, nawet pływać i się uśmiechać. Poczułem się jak ciota… bywa.
    Spakowaliśmy namiot, graty, ruszyliśmy na południe i zatrzymaliśmy się na śniadanie na plaży. Herbaty nie dopiliśmy, zaczęło znowu lać lecz gdzieś w oddali było widać oznaki przejaśnienia. Zjeżdżając w dół zwiedzaliśmy wybrzeże, napawaliśmy się widokami, parującymi lasami, rozrzuconymi skałami w oceanie i falami.
    Przecinając wąską błotnistą drogę między wielkimi sekwojami dojechaliśmy do Gold Bluffs Beach. W końcu wyszło słońce, w końcu mogliśmy rozebrać się i pospacerować po plaży. Zrobiło się cieplej, człowiek się odrazu rozleniwił, rozmarzył. Zimny ocean rozbijał się o nasze nogi a my chłonęliśmy to miejsce, zapachy, widoki, wszystko...

    CDN













































































  • 1500 miles in 9 days. Part #2 - from Eureka down south 09.10.13

    Wczesnym rankiem na plaży obudziły nas szmery koło namiotu i lekki deszcz uderzający o nasz namiot. Znowu pada. Po jakieś dłużej chwili leżakowania w końcu przestało. Zjedliśmy więc śniadanie. Host kampingu przekazał nam informacje o bardzo fajnym kanionie w okolicy i o tym że można zobaczyć jelenie na plaży, tylko nie wolno pod żadnym pozorem zbliżać się do nich bo panuje okres godów. Spakowaliśmy manatki, namiot, pojawiło się lekkie przejaśnienie i zapowiadało się tylko na pochmurny dzień. Kanion okazał się niesamowitym miejscem, zwalone drzewa, ściany porośnięte paprociami. Zrobiliśmy pętle i ruszyliśmy na dłuższy spacer wzdłuż wybrzeża. W drodze powrotnej namierzyliśmy świeże ślady lwa górskiego. Przyznam szczerze, że słyszałem o nich trochę historii i jest to ostatnie zwierze które chciałbym spotkać na swojej drodze. Ślady musiały być świeże bo nie były podmyte przez deszcz. Myślę że mogliśmy się minąć o jakieś kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Co prawda cały czas miałem ze sobą gaz na niedźwiedzie ale czy pomógłby on na lwa górskiego? Nie sądzę.
    Chwilę później wyśledziliśmy jelenia, albo coś jelenio podobnego, w języku angielskim mówią na to "elk" ale na nasze łoś to wygląda trochę inaczej. Był moment, że lekko się przestraszyliśmy i musieliśmy wycofywać się przez bagnisty teren gdyż jednemu z jeleni ewidentnie nie spodobaliśmy się.
    Prysznic na kampingu miał mieć ciepłą wodę. W tym momencie doszedłem do wniosku że mycie się nie ma sensu, lepiej trochę śmierdzieć, trzymać się z daleko od ludzi niż marznąć. Resztę dnia spędziliśmy w drodze, zatrzymaliśmy się w kilku ciekawych miejscach gdzie wybrzeże wyglądało imponująco. W miasteczku Eureka zgraliśmy zdjęcia na laptoka, wypiliśmy kawę, pochodziliśmy po uliczkach, zaliczyliśmy Burger Kinga. Byliśmy oboje zszokowani ilu ulicznych trumpów kręciło się po tej małej mieścinie. Byli wszędzie, dosłownie. Spali na trawnikach, na chodnikach, przećpani, brudni, oczy przekrwione, zlot weedowo-kwasowych wampirów. Z plecakami, torbami, siatkami, bez nich, bezdomne dzieci hippisów, młodzi kolesie którzy zdziczeli od całego gówna które przetoczyło się przez ich płuca i krew. Nie mam odwagi robić takim ludziom zdjęć, nie kręci mnie to za bardzo i nie chcę żerować ich życiem. Następną noc zostaliśmy na jakimś kempingu w dzikim lesie. Jeżeli ktoś chce podróżować przez Stany tanio musi dostosować się do pewnego szybkiego kodeksu - przyjeżdżasz na kamping o 18, 19 jak już nie ma nikogo z rangerów, host ma to i tak w dupie. Rozkładasz namiot, śpisz wygodnie, alarm budzi cię o 6:20. Pakujesz namiot, wiejesz. 35$ zostaje w kieszeni… Kilka dni później pokarało mnie, zgubiłem portfel z pieniędzmi. C'est la vie.
    W każdym razie wczesnym rankiem stwierdziliśmy że nie wracamy na HWY 1. Znaleźliśmy drogę przez King Range Conservation Area. Kręta górska droga, zapach marychu, płoty zbudowane z trzy metrowych desek tak żeby przypadkiem ktoś czegoś nie zobaczył. Na każdej bramie "keep out, no trespassing, be aware of dog". Obłędne miejsce, dziwne małe domki jeżeli można to tak nazwać a przy nich dziwna duża ilość pick upów i znowu dziwnie zalatywało marychą. W pewnym momencie oświeciło mnie co robią te trampy w Eureka. Pewnie połowa z nich pląta się to tu to tam skradając i próbując dostać na taką plantację, albo nawet zahaczyć i kosić trawę…
    Nasza droga która miała nas dowieść do jedynki bardziej na południe okazała się nieprzejezdna. Znowu zaczął padać deszcz a my musieliśmy dołożyć niepotrzebne 80 mil. Po powrocie na "jedynkę" i po kilku godzinach jazdy znowu zobaczyliśmy ocean i piękne niebieskie niebo. W końcu stanęliśmy na śniadanie na plaży, w końcu odpoczęliśmy od samochodu, asfaltu i mogliśmy zrelaksować się na plaży. Reszta dnia i wieczoru minęła nam znowu na drodze, przystankach, spacerach i zdjęciach.
    Na kolejnym polu namiotowym nieumiejętnie odgoniłem szopa pracza i gaz łzawiący zamiast przegonić żebraka poleciał prosto w nasze oczy. Nie dość że mieliśmy zamiar zwiać rano to jeszcze byliśmy najgłośniejsi. Amatorzy. Tego samego wieczoru drugiego szopa znaleźliśmy w koszu na śmieci, niestety biedak sam nie potrafił się z niego wydostać a my nie wiedzieliśmy jak mu pomóc. Rano nadal siedział w koszu, zostawiliśmy informację dla władz kampingu o tym dzikim stworzeniu, który biedne utknęło w swoim królestwie resztek jedzenia, picia i innych dobrodziejstw.
    Nasza droga powili zbliżała się do San Francisco. Przejechaliśmy przez samo centrum chcąc przebić się na Freeway 80 który zabierze nas dalej na kolejną 5 pasmową drogę a z niej w kolejną 5 pasmową a z niej w 4 pasmową a z niej w 3 pasmową a później już tylko jest jednopasmową drogą do Yosemite. Po drodze zaliczyliśmy pyszną wietnamską knajpę. W końcu zjedliśmy coś innego niż szybkie kampingowe jedzenie. Pamiętam, tam doszedłem do wniosku że jednak lepiej się myć w zimnej wodzie niż śmierdzieć. Czasem moje niepoprawne optymistyczne podejście mnie zawodzi, tym razem też mnie zawiodło kiedy mówiłem Paulinie że spokojnie umyjemy się gdzieś w Yosemite.
    Wczesnym rankiem wjechaliśmy do Yosemite, spalone drzewa, wozy strażackie, pożar wielkości miasta Chicago ogarnięty w 89%, kwadrat o bokach 60km na 60km doszczętnie spalony. Smutny widok, żal tych wszystkich drzew, zwierząt, nie słychać nawet ptaków…
    W Yosemite spotkaliśmy się z Dorotą i Miśkiem, którzy przez ostatnie 3 tygodnie byli w drodze po całej południowej Kalifornii. Brakowało nam towarzystwa. Brakowało nam kogoś kto również nie mył się od dłuższego czasu. Miłe uczucie nie być jedynymi śmierdzielami. Aczkolwiek znowu doszło do próby umycia się w zimnym strumyku a to już 6 albo 7 dzień.
    Następnego dnia pozwiedzaliśmy dolinę, wypiliśmy dość sporo darmowej gorącej czekolady i kawy. To było posunięcie na klasycznego polaczka bo skoro nie pisze, że nie można uzupełniać to dlaczego miałbym pożałować sobie drugiego kubka.
    Zdobyliśmy Glacier Point. Zeszliśmy jeszcze kilka ciekawych miejsc, dotleniliśmy się. Jednak co góry to góry, ocean jest piękny z tymi swoimi długimi piaszczystymi plażami lub dramatycznym wybrzeżem ale jak człowiek stanie na szczycie, wciągnie to w płuca, poczuje ten chłodny wiatr na mokrych plecach i rozglądnie się od razu lepiej się czuje. Przynajmniej jak tak mam.
    Nasze wojaże powoli dobiegały końca, już kilka dni wcześniej zapaliła się lampka rezerwy gdy zgubiłem portfel z pieniędzmi do tego potrzeba kąpieli… Przejechaliśmy więc przez całe Yosemite w stronę wschodnią i zatrzymaliśmy się po raz ostatni na gorących źródłach w Bridgeport. Przez ponad 7 godzin moczyliśmy się w ciepłym źródle pijąc wino i przypominaliśmy sobie jak szybko przeleciały nam te trzy miesiące w Tahoe...
































































































    To by było na tyle. Przez te trzy miesiące ponownie okryłem siebie. Odkryłem jak bardzo powinno mi zależeć na tych kilku najbliższych mi osobach i to jak bardzo kocham robić zdjęcia. Tak szybko można zapomnieć się i utknąć w jednym miejscu. Zdradzić własną duszę. Zgubić się i nigdy nie wyrazić. Jest coś, co ciągle gdzieś mnie ciągnie. Jest strach bo nie stać mnie na to wszystko. Ale tak bardzo chcę, nie chcę tęsknić, chcę tam być, chcę to wszystko notować w swojej głowie. Ukryć gdzieś i nie zapomnieć. Chcę chłonąć magię każdego miejsca w którym jestem. Chciałbym tworzyć historię. Dla siebie i dla bliskich. Pamiętać to wszystko kiedy byłem młody, szalony, uśmiechnięty, bez hajsu i kiedy nie musiałem myśleć co z jutrem bo żyłem na maksa dniem dzisiejszym...
    Mam sporo szczęścia w życiu. Tak dużo dobrych ludzi poznałem którzy pomogli mi w różnych sytuacjach kiedy byłem w drodze i to Wam wszystkim chciałbym dedykować te dwa ostatni wpisy. Dziękuję.



  • Skating in SF 15.10.13

    Sporo czasu minęło kiedy ostatni raz robiłem zdjęcia deskorolkowe. Tęsknie za tym.
    To był nasz ostatni dzień w US. Wschód słońca w San Francisco.

    I didn't have much time to shoot skateboarding. I miss it all. That day was our last day in US. The last sunrise in SF.